Forum Prosperity Wells Strona Główna Prosperity Wells
Forum dla mieszkańców małego miasteczka Prosperity Wells...
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy     GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Fabularyzacja.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Prosperity Wells Strona Główna -> Wschód Zakrwawionego Księżyca
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Luke76
jako Mike Sage



Dołączył: 23 Kwi 2006
Posty: 42
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/10
Skąd: Emerald Isle

PostWysłany: Sob 23:36, 06 Sty 2007    Temat postu: Fabularyzacja.

Deszcz. Zwykły opad atmosferyczny, który u ludzi wywołuje zwykle różne uczucia, zależne często od miejsca zamieszkania. Niektórzy cieszą się z każdej spadającej na ziemię kropli, inni klną, że akurat muszą znajdować się na otwartym terenie, a u jeszcze innych pojawia się znudzona mina i ciche mruknięcie „znowu”.
Czasem jednak deszcz przeradza się w ulewę. Wtedy emocje ludzi zmieniają się bądź zyskują większe natężenie. Szczególnie, gdy ulewa niesie ze sobą okropną burzę z piorunami, spustoszenie wśród plonów i przemienia spokojne strumyki w rwące potoki.

Tym razem ulewa niosła ze sobą również kolejną przygodę.

Już pierwsze krople deszczu uderzające o ziemię spowodowały, że pięcioro jeźdźców spięło swoje wierzchowce i ze znacznie większą prędkością ruszyło przed siebie. Zmiana pogody i bliskość nocy tworzyły co najmniej niekomfortowe warunki dla podróży do Amarillo.
W miarę upływu czasu deszcz przybierał na sile, aż w końcu każdy myślał sobie „cholerna, uciążliwa ulewa”. Gdy taki wniosek umacniał się w myślach jeźdźców, dotarli do rwącej rzeki, która zapewne jeszcze przed godziną była strumyczkiem. W dodatku niezaznaczonym na żadnej mapie.
Zatrzymali się.
- Rozbijamy obóz – zadecydował John Callahan.
- Nie podtopi nas? – wyraziła obawę Katherine Callahan, jego świeżo poślubiona małżonka.
- Zwariowałeś?! Ja w tym błocie nie śpię! – zaprotestował stanowczo John Bean, nie zwracając uwagi na pytanie Kitty.
- Rozbijamy obóz na podwyższeniu terenu, droga żono – Strażnik Teksasu wyjaśnił oczywistość swojej poprzedniej wypowiedzi i po chwili zwrócił się do Beana. – A gdzie chcesz spać? I kto tu mówi o spaniu?
- Pan marudzi, panie Bean – skwitował zachowanie Beana Beniamin McBearson.
- Nie, po prostu Beanowi już tylko spanie zostało – złośliwie oceniła Kitty.
Kanciarz, jak zwykle, zareagował na wypowiedź pani Callahan spojrzeniem spode łba. Tym razem jednak nie przychodziła mu do głowy jakakolwiek riposta. Wyglądało na to, że myślał nad nią tak intensywnie, że nie zauważył czegoś, co na szczęście nie umknęło reszcie zespołu. Oprócz McBearsona.
- John - Kitty szturchnęła męża w bok, pokazując mu coś ruchem głowy. Na tę samą rzecz zwrócił również uwagę Michael Sage.
- Tak, widzę, to chyba jakaś chata – stwierdził Callahan, wytężając wzrok.
- No to jedźmy do tej… chaty - zaproponowała Kitty.
- I kto tu myśli o wygodach? – Bean doskonale znał zasadę „lepiej późno niż wcale”.
- Przynajmniej nie będzie tak cholernie mokro...
- Z pewnością będzie tam trochę mniej wilgoci niż tutaj… - potwierdził wypowiedź pani Callahan Sage, spoglądając na krople spływające z ronda jego kapelusza.
- Postanowiłem, że pójdziemy do tej chaty - stwierdził Callahan, chcąc jak zawsze pozostać niezależnym i tym, który i tak zadecyduje.
Bean spiął swojego Flusha i ruszył w kierunku domu.
- O, jak mu się śpieszy… - skomentowała Kitty, dając Beanowi do zrozumienia, że żadna z jego kąśliwych uwag nie odchodzi w zapomnienie.
McBearson popędził za Beanem z wyciągniętym już rewolwerem. Reszta obrzuciła go spojrzeniem mówiącym coś w stylu „on ma jakiś kompleks z tym gnatem”, popartym przez kręcenie głową. Mogłoby się wydawać, że to z troski, ale chodziło o McBearsona.
Bean, gdy usłyszał charakterystyczny dźwięk wyciąganej z pochwy broni, zatrzymał na chwilę konia i rzucił przez ramię:
- A ty możesz to żelastwo schować? Bo ci zamoknie i urwie jaja przy następnym strzale.
- To tylko pro forma, panie Bean... – ton Anglika można było odczytać jako uspokajający. Można było, aczkolwiek niekoniecznie.
Dlatego więc Mike Sage złapał się tylko za głowę, chcąc uniknąć kiepskiej retorty ze strony Anglika. Ruszył za państwem Callahan, którym za bardzo się nie spieszyło. I tak byli już cali mokrzy.
Drużyna dotarła na szczyt urwiska, gdzie znajdowało się potencjalne schronienie. Pierwsze, co rzuciło im się w oczy, to urocza sceneria. Nie dość, że dom położony był dość wysoko, to jeszcze każda błyskawica rozświetlająca niebo nadawała grozy temu miejscu, cokolwiek miałoby to znaczyć. Drugą rzeczą, doskonale zauważalną nawet w ciemności, był wygląd samego budynku. Wobec znacznych sprzeciwów ze strony sił przyrody starał się zachować swoją okazałość. Niemniej jednak dym z komina i blask płonącego ognia świadczył o tym, że albo ktoś pali archiwum, albo że można się tam ogrzać.
- Bean, idź i czaruj - warknęła Kitt.
- Jak to idź i czaruj? - zdziwił się Callahan - Ty chcesz, żeby nas stąd psami przegonili, czy co? - syknął cicho do żony.
- Nie słychać psów - odparła dziewczyna, po czym zeskoczyła z konia i zapukała kołatką w kształcie nietoperza do wielkich dębowych drzwi.
McBearson był coraz bardziej podejrzliwy i już tylko minuty dzieliły go od rozpoczęcia swoich fanatycznych wywodów.
Pani Callahan otworzył człowiek, który w czasie rozdawania kart urody dostał parę dwójek. Był niski, krępy i przygarbiony. Nosił źle dopasowany garnitur.
- Taaak? – zapytał przeciągle.
Niedaleko uderzył piorun, ale członkowie drużyny zachowali kamienne twarze. Oprócz McBearsona, który skrzywił się, a jego ręka odruchowo powędrowała w stronę znajdującego się w kaburze Adamsa.
- W imię sprawiedliwości! Pański wygląd, panie drzwiowy, przypomina prezencję demona z piekła rodem! – zakrzyknął Anglik.
Lokaj odpowiedział mu bardzo znudzoną miną, do której doszła jeszcze uniesiona brew. Kitty natomiast szturchnęła McBearsona w nerkę, a reszta podróżników obrzuciła go spojrzeniem, które jasno mówiło: „Wcale nie pomagasz, idioto!”.
Swój wzrok od McBearsona pierwszy odwrócił Bean. Zbliżył się do przygarbionej postaci w drzwiach, uśmiechnął się i zaczął:
- Witaj, dobry człowieku, czy…
- Dobry wieczór, chcielibyśmy poprosić o nocleg - wypaliła Kitty, której zależało, by ambasadorem drużyny nie był John Bean.
- Kitty, może nie od razu nocleg, co? – szepnął dziewczynie Sage, omiatając spojrzeniem budynek.
McBearson rozmasowywał bolący bok.
- Nie wiem, czy jaśniepan wyrazi na to zgodę… – odparł lokaj, obdarzając piorunującym spojrzeniem niewychowanego Anglika.
- To może wyrazi zgodę na przeczekanie ulewy? - zasugerowała Kitt.
- Albo może nie zakładaj pan nic w ciemno, ale idź zapytać? - dodał Callahan.
- Jaki jaśniepan? Taki z długi kłami, skrzydłami nietoperza na plecach i.... - McBearson ugryzł w język widząc spojrzenia towarzyszy podróż
- Proszę, wejdźcie państwo. Pójdę zapytać hrabiego. – oznajmił służący i udał się w kierunku drzwi na końcu holu.
- Cholera, McBearson, wcale nie pomagasz… - wycedził Sage przez zęby, gdy przekraczał próg.
-Dokładnie. Zamknij się – niezwykle subtelnie zasugerowała Kitty.
Jednocześnie Anglik otrzymał kopniaka w kostkę od Beana.
- Po prostu bardzo mi się nie podoba ten człowiek... – rzekł McBearson, rozmasowując bolące miejsce.
- Jeżeli to jest próbka angielskiej uprzejmości, to ja już wolę przebywać z najbardziej niewydarzonymi Jankesami - oznajmił Callahan.
- Dziękuję ci, kochanie - mruknęła Katherine.
- To może wolisz sobie na dworze spać, co? – zapytał sarkastycznie Anglika Sage.
- To miejsce jest przesiąknięte złem... Nie czujecie tego?
- Ale jest SUCHE i ma KOMINEK! – argumentował Bean.
- A nie czuje pan tego deszczu na zewnątrz? - zapytała Kitty.
- Przestań, Angol. Cały ten Zachód jest przesiąknięty złem według ciebie, więc co za różnica?
- Myli się pan, panie Sage... A pan, panie Bean, mógłby przynajmniej zwracać uwagę w sposób bardziej kulturalny niż prostackie kopnięcie.
- Panie McBearson, MY nie prosiliśmy się o pańskie towarzystwo - zauważyła Kitt.
- Mylę się? No to wypad stąd, a nie nam dupę trujesz, że się boisz! - Sage stracił cierpliwość.
- Słucham? – zapytał Anglik i wyciągnął swojego Adamsa.
- Nie słyszałeś? Mam ci to... - zaczął Sage, ale nagle stwierdził, podobnie jak reszta, że McBearson nie trzyma już w ręku rewolweru. Znajdował się on bowiem teraz w dłoni Callahana.
- Kocham cię, John - wymamrotała Kitt do męża.
-McBearson, czy ty się, do cholery, uspokoisz?! – kolejna sugestia dla Anglika tym razem padła z ust Beana.
- On mnie obraża... Wyzywam pana, panie Sage, na pojedynek! Tu i teraz! Niech pan wybierze broń! - odparował Sage'owi McBearson, patrząc zawistnie.
Beanowi błysnął turkusową talią i nagle Anglik stwierdził, że jego Adams, ten drugi, przed chwilą jeszcze znajdujący się w kaburze, jest w ręku kanciarza .
- Nie wyzywa pan nikogo! - warknęła Kitty i syknęła w kierunku Irlandczyka. - Mike, nie waż się przyjmować!
Sage uniósł ręce w geście poddania się i, spoglądając na Anglika, odsunął się dwa kroki w tył.
Chwilę później przykuśtykał lokaj.
- Jaśniepan właśnie kończy wieczerzę. Jeśli będziecie tak mili - rzucił zabójcze spojrzenie w kierunku McBearsona - możecie zaczekać w bibliotece z kominkiem - wskazał bogato zdobione drzwi do pokoju na lewo.
W międzyczasie McBearson chrząknął znacząco, spojrzał na Callahana oraz Beana i wyciągnął prawą dłoń.
- Mógłbym…? – zaczął, ale Kitty popchnęła go do biblioteki.
- Nie – odpowiedzieli niemal równocześnie obaj Strażnicy Teksasu, chowając Adamsy.
McBearson zrezygnowany, poszedł już do biblioteki. Gdy już wszyscy do niego dołączyli, Bean od razu zajął miejsce w najbliższym kominkowi fotelu, Kitty przykucnęła przy ogniu, Callahan stanął przed stołem znajdującym się między siedziskami, Sage ogrzał się chwilę i odszedł w najbliższy cień, natomiast McBearson oparł się o ścianę, by mieć widok na cały pokój.
Po niedługim czasie usłyszeli skrzypienie otwierających się drzwi. Gdy odwrócili głowy w kierunku źródła dźwięku, ujrzeli łysego mężczyznę o wzroście niewiele przekraczającym metr pięćdziesiąt. Był ubrany w stary, ale dobrze zakonserwowany i zapewne bardzo drogi szlafrok. No i robił doskonałe pierwsze wrażenie – pokurcz o tępym wyrazie twarzy.
Kitty wyprostowała się i zbliżyła do hrabiego. Jak już przekonała się jej drużyna – w roli ambasadora była niezastąpiona.
- Przepraszamy za najście - powiedziała z wahaniem w głosie. - Chcieliśmy się tylko wysuszyć, ogrzać i ruszamy w dalszą drogę…
- Nic się nie stało, droga pani – odparł spokojnie hrabia. - Mój dwór zawsze stoi otworem dla podróżników, szczególnie w taką okropną pogodę jak dzisiaj. Pozwoliłem sobie kazać Igorowi odprowadzić wasze wierzchowce do stajni – dodał po chwili.
McBearson nie byłby sobą, gdyby słysząc zachrypnięty głos gospodarza nie sięgnął do broni. Jako, że akurat jej nie posiadał, złapał za sakwę z bełtami i nadrobił podejrzliwym spojrzeniem.
- A pan mieszka tutaj tak zupełnie sam? - zapytała Kitty chcąc przerwać niezręczną ciszę wypełnioną myślami o śmierci Anglika. - To trochę... dziwne...
- Skadże znowu! - roześmiał się hrabia. - Mieszkam z wnukami, ale wiecie jak ta dzisiejsza młodzież... W taką pogodę to tylko by latała po okolicy…
Oczywistość tego stwierdzenia spowodowała, że Kitt zamrugała z niedowierzaniem.
- Czy orientuje się pan, jak daleko stąd znajduje się najbliższe miasteczko? – starała się bohatersko utrzymać konwersację, gdy już otrząsnęła się z zaskoczenia.
- No cóż, droga pani... - stwierdził przeciągle gospodarz i zawiesił na chwilę głos - najbliższe miasteczko jest jakieś dwie mile stąd... Po drugiej stronie rzeki, rzecz jasna.
- Czy jest tu jeszcze jakiś bród poza tym? - Kitt wskazała głową w kierunku rzeki widocznej za oknem.
- Był niegdyś most na tyłach zamku, ale nie wiedzieć czemu został spalony dawno, dawno temu… - przez twarz hrabiego przebiegł dziwny grymas.
- Czemu ktoś miałby go podpalać, panie hrabio? - zabrał głos McBearson, wyciągając na wierzch łańcuszek z zawieszonym nań srebrnym krzyżykiem.
Gospodarz skrzywił się słysząc akcent Anglika.
- Nie wiem, drogi panie, z tego co pamiętam, to chyba piorun uderzył w mosiężne zdobienia i podpalił drewnianą konstrukcję - udzielił odpowiedzi.
- Dlaczego zaszył się pan tak głęboko w lesie? - zapytała Kitty.
- Proszę mi wybaczyć, ale chyba nie jest to żadne przesłuchanie, prawda? Okolica jak każda inna, co oczywiście będziecie mogli sprawdzić po wschodzie słońca. A teraz przepraszam bardzo, ale obowiązki wzywają. Przyślę Igora z napojami i drobną przekąską. Miłej nocy.
Po swej wypowiedzi, którą bez problemów można było odczytać jako konkluzję dla rozmowy, hrabia opuścił bibliotekę.
- Zaraz, zaraz, panie hrabio! Jeszcze się nam pan nie przedstawił! A przecież chcielibyśmy znać imię naszego dobroczyńcy! – krzyknął McBearson, nie zrażając się, że drzwi już się zamknęły. Odpowiedziała mu poza tym cisza.
- Dziwny jest… - mruknęła Kitty.
- Nie bardziej niż ten Angol… - dorzucił Sage ze swojego kąta, wskazując głową na oburzonego czymś McBearsona.
- Czy mi się zdaje, czy jesteśmy zamknięci? - zapytała dziwnie słabym głosem pani Callahan.
- Zdaje ci się - odezwał się Bean w myśl zasady „każda chwila jest dobra na odrobinę złośliwości”. – Pozwoliłabyś łazić po domu obcej gromadzie? Tym bardziej, że ta chata wygląda na willę rodową. Musi być pełna wartościowych rzeczy.
- No cóż, skoro ty jesteś w tej „gromadzie”, to na pewno nie – odgryzła się Kitty.
- To się pewnie da jakoś otworzyć - zawahał się Sage.
Jego właściwym celem było ucięcie kłótni, która wisiała w powietrzu. Były zresztą bardziej interesujące rzeczy do roboty. Na przykład obserwowanie McBearsona, który chodził przy ścianach i dokładnie je badał.
Chcąc zapobiec temu, by drużyna przypadkiem nie zaczęła się martwić o wyspiarza, Callahan zasugerował działanie. Wskazał gestem głowy kolejno solidny, dębowy stół, a następnie masywne, szklane okna.
- Chcesz podnosić ten stół, tak? - zapytała jego żona z niedowierzaniem.
- Zwróciliście uwagę jak ten cały hrabia zareagował na widok krzyża? – McBearson zdawał się być nieugięty w snuciu swoich dziwacznych teorii.
- A zareagował jakoś? – kolejne niedowierzanie ze strony Kitty.
- Tak. Bardzo szybko wyszedł…
- Równie dobrze mógł wyjść po przywitaniu się z gośćmi... Nadinterpretacja, panie McBearson…
- Hmm... Nie przedstawił się... I nie chciał, abyśmy się przedstawili... To dziwne, skoro ma się gości w domu i postanawia ich przenocować...
- Jest po prostu ekscentryczny... a pan, jak rozumiem, wszędzie widzi wampiry? – dziewczyna robiła, co mogła, by powstrzymać McBearsona przed fanatycznymi wywodami. O ile nie było już za późno.
- A czego się spodziewaliście, zakichani stróżowie prawa!? – wtrącił się Bean. - Gość was wpuszcza do domu, oferuje pomoc, a wy go na przesłuchanie zaciągacie!
- Hej, mnie w to nie mieszaj, dobra? – obruszył się Callahan.
- Trzeba było nas olśnić swym krasomówstwem... - warknęła Kitty do kanciarza.
- Po jaką cholerę? Źle mi? Mam ciepły kominek, miękki fotel i zaraz przekąskę przyniosą... – z ostatnimi słowami Bean jeszcze wygodniej rozparł się w fotelu.
- To wszystko wydaje mi się podejrzane... Taki dom... Przecież tak już się tutaj nie żyje... To niemodne... Poza tym, czemu most został spalony? Czemu ten człowiek żyje tak bardzo na uboczu, stroni od ludzi? I ten jego piekielny sługa... - rzekł McBearson robiąc znak krzyża. - To wszystko wygląda bardzo podejrzanie! W imię sprawiedliwości!
Sięgnął odruchowo do kabury i poczuł zawód, że nie może dobyć swych Adamsów, które jako jedyne wspomagały go w tej ciężkiej sytuacji. A właściwie wspomagałyby, gdyby nie znajdowały się aktualnie w posiadaniu Strażników Teksasu.
- Pozwól, McBee, że my, Amerykanie, będziemy oceniali, jak się żyje w Ameryce, dobra? - odparował Callahan.
- Ale was ta Korona szkoli: wszędzie tylko spiski i wynaturzenia widzicie – ocenił Bean.
- Ach, tak, tak, Amerykanie... Dobra... - gdyby nie to, że słowa te wypowiedział McBearson, można by było uznać, że się poddał. - Po prostu mi się tu nie podoba... Te zatrzaśnięte drzwi! W końcu jesteśmy gośćmi, a nie więźniami, czy... – zawahał się - jedzeniem...
Kitt westchnęła demonstracyjnie
- Jedzeniem? - Callahan zamrugał powiekami.
McBearson westchnął.
- Mam po prostu złe przeczucia, panie Callahan... Czy mogę dostać swoją broń z powrotem?
- No mówiłeś, że on poluje na wam... - Kitt urwała.
- Hrabia? – zdziwił się Strażnik Teksasu.
- Nie, McBearson... – sprostowała szeptem jego żona.
Sage spojrzał ironicznie na dziewczynę, ale mimo wszystko upewnił się, że broń wychodzi mu gładko z kabury. McBearson natomiast zmierzył wzrokiem Kitty, a następnie Callahana. Domyślił się, że Strażnik Teksasu zdradził jego tajemnicę swej małżonce.
Bean chrapnął. Uciął sobie drzemkę, podczas gdy ważą się nasze losy!, pomyślał Anglik i zapytał wskazując na kanciarza:
- Czy jego nic nie wzrusza?
- Raczej niewiele - wzruszyła ramionami Katherine.
- Staramy się być dla niego mili, pomimo tej choroby - dorzucił Callahan.
- Choroby?
- No… - przytaknął Strażnik Teksasu.
- Słyszałem! - burknął ze swojego fotela Bean.
- No, głuchy przynajmniej nie jest… - stwierdziła w zamyśleniu pani Callahan.
- Przepraszam, ale czy mogę jednak odzyskać swoją broń? - ponowił pytanie McBearson. - To wszystko naprawdę wygląda podejrzanie... Panie Callahan, przecież wie pan, od kogo mam polecenia, a teraz pan mi tylko utrudnia...
- A ty mi tylko utrudniasz spanie. Nie. - wtrącił Bean.
- Pragnę zauważyć, panie Johnie Bean, iż pański sen jest mniej ważny niż nasze wspólne bezpieczeństwo... Szczególnie jeśli moje domysły okażą się prawdziwe... Oby jednak nie ... Tak będzie lepiej dla was. Moje zadanie to szerzenie sprawiedliwości i walka z tym przeklętym demonem!
- Czy jak go teraz zastrzelę to będzie obrona własna? - zastanowił się na głos Bean.
- Z jakim demonem, panie McBearson? - mruknęła Kitt.
- Doskonale pani wie… - mrugnął porozumiewawczo Anglik.
- Ja coś wiem? - zdziwiła się uprzejmie dziewczyna.
- Dało się zauważyć... Pozostaje mi cicha nadzieja, że jednak nie każdy w tym gronie o tym wie... - Beniamin znacząco spojrzał na Sage’a
- Pada jeszcze? - zmieniła temat Kitty, podchodząc do okna.
- Nie da się ukryć. - stwierdził Sage, spoglądając na czarne chmury.
Niebo rozświetliła kolejna błyskawica. Drzwi otworzyły się z okropnym zgrzytem i do biblioteki wszedł Igor. Niósł tacę z talerzem pełnym małych kanapek, dzbanem kawy i zestawem pięciu filiżanek.
- Pan hrabia życzy smacznego. Państwa konie są w stajni. Pozwoliłem sobie je oporządzić. – oznajmił lokaj.
- Chwileczkę...
Pani ambasador drużyny zależało, by chociaż zamienić słowo z Igorem. Ten jednak rzucił: „Miłej nocy” i w mgnieniu oka opuścił pokój, po raz kolejny zatrzaskując drzwi.
- No pięknie.
- O, jedzenie przyszło - Bean zerwał się z fotela, wybrał sobie parę ładniejszych kanapek i zabrał się za ich spożywanie. Jedzenie popijał ciepłą i aromatyczną kawą.
- Smacznego - mruknęła Kitty.
McBearson zamiast strawy i ciepłego napoju wolał kontynuować swoje działania mające na celu ustalenie tożsamości hrabiego. Tym razem wziął się za wertowanie kolejnych książek. W międzyczasie Bean skończył posiłek i wrócił na swoje siedzisko. Nie umknęły mu poszukiwania Anglika. Nie ma jak odrobina zabawy po pożywnej kolacyjce, pomyślał kanciarz.
Kitty usiadła przy kominku, opierając się o fotel Beana. Wpatrywała i wsłuchiwała się w trzaskające płomienie. Miało to uspakajające działanie. Zdecydowanie bardziej uspakajające niż podziwianie kunsztu pana Beniamina McBearsona.
Callahan sięgnął machinalnie po kanapkę, która wyglądała na niemacaną przez Beana, jednak chwilę później znieruchomiał.
- Nie odnosicie wrażenia, że ten Igor był tak kapkę... szybki? – zapytał, unosząc do góry brwi.
- W jakim sensie? - zaciekawiła się Kitt.
- No cóż... Może jakąś dobrą spiżarenkę mają? - zaimprowizował Sage.
- Może to zostało po wieczerzy hrabiego? - zastanowił się Bean. - Przecież musza mieć jakąś kucharkę.
- Igor gotuje - stwierdziła zgryźliwie Katherine.
- Nic tu nie ma! – zawiedziony głos McBearsona sugerował, że jego poszukiwania dobiegły końca. - Do wszystkich demonów! Nic, kompletnie NIC nie ma na temat hrabiego!
- Bez żartów? – gdyby Bean miał jeszcze jakieś kanapki, sarkazm mógłby mu w tej chwili posłużyć za słodko-kwaśny sos, którym ociekały jego słowa.
- Jezu… McBearson, jesteś maniakiem – stwierdził z przerażeniem Mike.
- John, nalej mi kawy, dobrze? – poprosiła słodko Kitty.
Callahan spojrzał powątpiewającym spojrzeniem na talerz, z którego ubyło już parę kanapek. Nalał do filiżanki kawy, wręczył ją żonie, a następnie powrócił do poprzedniego tematu.
- Tak... po powrocie z polowań hrabia ma wręcz nienasycony apetyt a Igor wiedząc o tym, przygotowuje mu zawsze pięćdziesiąt kanapek? – zapytał sarkastycznie.
- Hmmm, co sugerujesz? - zapytała Katherine.
- Świeżo zaparzona kawa, rozumiem, ale jak ten facet zdołał w ciągu kwadransa oporządzić pięć koni i zrobić tę górę kanapek? - uściślił Strażnik Teksasu.
- Faaakt - powiedziała przeciągle Kitt, mimowolnie dotykając derringera.
- No cóż, trochę nielogiczne, tym bardziej, że wygląda na to, że nie ma żadnych innych sług ten hrabia... - przyznał Sage.
- Mam taki pomysł... Poobserwujmy Beana, a jak kopnie w kalendarz, to będziemy wiedzieli, że coś jest nie tak - zaproponował Callahan.
- Świetny pomysł - ucieszyła się Kitty. - Bean, może jeszcze jedną kanapeczkę?
- Chciałbyś - kanciarz spojrzał na Strażnika ze złośliwym uśmiechem. – Chociaż z drugiej strony: czemu nie?
- Zjedz, źle wyglądasz. – dołączył się Callahan.
- No dobrze, skoro macie męczyć Beana, to się skuszę... - powiedział Mike, sięgając po kanapkę.
Bean przełykał kolejne kęsy.
- I jak się czujesz? – zapytała podejrzliwie Kitt.
- Jak mi dacie spać, to świetnie - odparł kanciarz, próbując jak najwygodniej rozłożyć się w swoim fotelu.
- To daj mi jedną – zawahała się Katherine.
- A może kawki? - zaproponował Callahan, nalewając do wszystkich filiżanek aromatyczny napój, który zdążył już trochę ostygnąć.
- Chętnie się napiję
Sage sięgnął po kawę, a za nim reszta. Callahan skusił się na posiłek jako ostatni. McBearson nawet nie na chwilę nie zbliżył się do stolika. Cały czas krążył niespokojnie po pokoju. Ostatecznie, uświadamiając sobie, że później może być głodny, ugryzł tylko małego kęsa i popił dwoma łykami kawy.
Gdy pozostała tylko zastawa, okruszki i ostatnie krople kawy wszyscy poczuli się śpiący. Kitt usadowiła się wygodniej na swoim miejscu, obok niej usiadł przy kominku Callahan, który przytulił ją czule. Na oparciu fotela zauważył koc, bez dłuższego namysłu sięgnął po niego i nakrył nim żonę.
McBearson usiadł w kącie. Nawet jeśli miał jakiekolwiek zamiary obserwowania stamtąd biblioteczki, to pokrzyżowały je sen. Bean spał już od dłuższej chwili. Fotel zdawał mu się być jeszcze bardziej wygodny. Mike Sage usiadł przy ścianie, spuścił kapelusz na oczy i, udając sen, obserwował bibliotekę, która pogrążyła się w stanie późnej sjesty.
I zaległa cisza.
Niespodziewanie do pokoju bezgłośnie weszła para brzydkich jak noc listopadowa nastolatków. Sage pozostał w bezruchu i wsłuchał się w ich konwersację.
- O, dziadek nam kolację zostawił.
- Jak to miło z jego strony, ja biorę tego chudego przy kominku, może jeszcze się do czegoś przyda.
- Oj, siostrzyczko, tobie tylko jedzenie i zabawy w głowie.
- Oczywiście. Zawsze po dobrej przekąsce mam ochotę na rozkosze cielesne.
- Mnie się podoba ta biuściasta.
- Przyganiał kocioł garnkowi.
Chłopak rzucił się w kierunku państwa Callahan. W międzyczasie Mike niezauważalnie sięgnął po peacemakera. Sekundę później nastolatek dostrzegł bezsens swojego działania. John Callahan uniósł się, spojrzał w kierunku drzwi i wykonał szybki unik. Rozpędzony wampir zdziwił się szybkością człowieka i tylko dzięki śladowemu refleksowi nie uderzył w ścianę.
Callahan zdążył wyciągnąć rewolwer Adamsa. W mgnieniu oka posłał młodzieńcowi cztery kule w głowę. Chłopak upadł oszołomiony. W każdym niemal innym przypadku byłaby to śmierć. Nie, gdy celem był wampir.
Sage szybko ocenił sytuację. Wypadałoby się zająć siostrą oszołomionego. Wymierzył z dobytego wcześniej peacemakera i strzelił. Strzał był na tyle celny, że pozwolił na efekt podobny do tego w przypadku młodocianego wampira. W powietrzu unosił się tylko zapach prochu. Z delikatną nutą szybko wykonanej akcji.
- Jasna cholera, co jest? - usiłowała się zerwać Kitt, ale zakręciło jej się w głowie.
McBearson szybko się poderwał, rozejrzał, przybrał minę „Aha! Spisek! Wampiry!” i doskoczył do morderczego rodzeństwa, przebijając bełtami ich serca.
- A nie mówiłem?! – zakrzyknął, gdy skończył.
- Co nie mówiłeś? - zainteresował się Callahan. - I po co wbiłeś tym martwym dzieciakom bełty w serce?
- Ponieważ to są wampiry! Ten dom to siedlisko wampirów! - Anglik mówił, jakby czuł, że jego słowa zyskały na wiarygodności. - Cały czas mówiłem, że mam złe przeczucia i że cos tutaj bardzo jest nie tak ...
- To jest obsesja, panie McBearson – wyjaśniła mu, niczym najlepszy psychiatra, Kitty. - To się leczy…
Sage obudził śpiącego w najlepsze Beana, któremu śniła się jakaś masakra.
Najwyższa pora, by zacząć działać w stylu drużyny z Prosperity Wells.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Luke76
jako Mike Sage



Dołączył: 23 Kwi 2006
Posty: 42
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/10
Skąd: Emerald Isle

PostWysłany: Śro 21:28, 13 Cze 2007    Temat postu:

Mike nie był co prawda tak delikatny jak Callahan w budzeniu Anglika. Oczywiście nie omieszkał przy okazji sprzedać mu kilku kuksańców „Za Królową Matkę” ze szczególnym uwzględnieniem lewej nerki towarzysza. Zabiegi te okazały się skuteczne w swojej prostocie i po chwili z grymasem bólu McBearson zaczął odzyskiwać świadomość.
Nagle z drugiego fotela dobiegł wszystkich dziwny dźwięk, który okazał się donośnym ziewnięciem Beana połączonym ze skrzypnięciem fotela na którym się przeciągał.
- Co to, u diabła, jest? - wrzasnęła Kitt, pokazując wymownie na dwa ciała na podłodze.
- Coś, co trzeba dobić... Dla zasady... - mruknął z kąta McBearson.
-Powiedziałbym ci, Kitty, ale wtedy mąż cię musiałby zabić... - odezwał się rzeczowo kanciarz, nie mając jednak pojęcia o czym.
- Bean, do jasnej cholery, co to jest? - wrzasnęła.
- Człowiek... w pewnym sensie. - Bean przyjrzał się z wyraźnym zdegustowaniem zjawisku na podłodze.
- Śmiało, gadaj. Przecież i tak nie wiesz - wzruszył ramionami Callahan, po czym rzucił McBearsonowi Adamsa.
- John? - syknęła. - Co to jest?
- Coś co gustuje w ludzkim mięsie, rzekłbym tak na pierwszy rzut oka. – rzucił Callahan małżonce.
- Dajcie mi hrabiego! - warknęła w odpowiedzi.
W tym czasie McBearson z bełtem, aktualnie sprawdzającym się w roli kołka, podszedł do ciał i wbił po jednym bełcie w serca wampirów, po czym zapytał:
- Ma ktoś coś na tyle ostrego, by można było tym odciąć głowę? - rzucił pytanie do reszty drużyny. – No cóż, ostrzegałem, że cos tutaj jest nie tak... Jakieś pomysły, drodzy państwo? – dodał, nie doczekawszy się odpowiedzi.
-Zmywajmy się stąd. Zobaczcie, przestało padać - spostrzegł Bean.
- Dlaczego ja mam sreberko w jukach? - jęknęła rozpaczliwie Kitt. - Dwa naboje w derringerze...
McBearson westchnął.
- Ma ktoś nóż? Maczetę? Należy im teraz odciąć głowy... - ponowił próbę anglik, wskazując na zwłoki wampirów.
- Jak na mój gust te potworki padły całkiem udatnie od zwykłego ołowiu... - zwrócił uwagę Callahan - I nie, nie mamy maczety. - na odczepne odpowiedział McBearsonowi.
- Może by im rzeczywiście uciąć łby - poparła Anglika Kitt.
- Nóż? - brnął dalej Beniamin
- John, ty nie masz noża? - zapytała dziewczyna.
- A nikt inny nie ma? - Callahan próbował odwrócić uwagę Kitt od tego - w jego mniemaniu - przejawu niedopuszczalnego niedbalstwa.
McBearson w odpowiedzi przecząco pokręcił głową, na co Kitt bezradnie rozłożyła ramiona.
- Wiesz, zazwyczaj noszę ze sobą jakąś kosę, ale akurat dzisiaj nie zabrałem, bo by mi ciążyła w podróży- odgryzł się kanciarz
Anglik po raz kolejny uraczył wszystkich westchnięciem, a John Callahan złapał się za głowę. Dlaczego muszę pracować z takimi sierotami? Nawet noży nie mają., pomyślał.
Z wyraźną niechęcią wyjął z pochwy błyszczący nóż i rzucił go McBearsonowi.
- Tylko nie złam - mruknął.
- Dziękuję… - odparł Anglik, po czym zabrał się za odkrajanie głów wampirów.
Kitt postarała się powstrzymać wracającą kolację.
- Czy można stąd jakoś wyjść? - zapytała słabym głosem.
- Nie widzę tutaj żadnej przeszkody, jaka by mogła stawić czoła dobrze wymierzonemu strzałowi ze strzelby - odpowiedział jej mąż. - A jakby im tak głowy przestrzelić? Na zombie to działa – dodał po chwili, kierując słowa do McBearsona.
- Możesz? - zapytała niewyraźnie pani Callahan, starając się nie patrzeć w stronę McBearsona przy dżentelmeńskiej robocie. Na jego miarę.
- Hmm, wątpię... Według tego co mi wiadomo, należy najpierw przebić serce za pomocą kołka, a następnie skrócić o głowę.
- Dobra... To co robimy dalej? – zapytał Sage, patrząc na McBearsona jakby podziwiał jego wiedzę.
- Bean, chodź no tu i pochwal się tym swoim nowym obrzynkiem - kiwnął Strażnik w stronę kanciarza. Mike wiedział, że to odpowiedź na jego pytanie.
Bean wyciągnął obrzyna i rzucił go Callahanowi.
- Obsłuż się sam.
- Co obsłuż się sam? Nie chcesz tego obrzyna nosić? Brzydzisz się go czy jak? - Callahan odrzucił Beanowi broń.
Kanciarz przeciągnął się.
-Zmęczony jestem. Nawet wyspać się nie dacie!- westchnął, po czym wyprostował rękę, w której trzymał obrzyna, wymierzył w drzwi i pociągnął za spust.
Gdy emocje i drzazgi, które nastąpiły po huku śrutu uderzającego o drewno i metalowy zamek, już opadły, Bean uniósł swą broń w teatralnym geście i rzucił:
- Panie i Strażnicy przodem. McBearson, ubezpieczaj tyły.
- Jak sobie życzycie… - odparł McBearson, przeładowując swego Adamsa srebrnymi kulami.
Kitt popchnęła drzwi. Zaskrzypiały dawno nie oliwione zawiasy, a oczom pani Callahan ukazał się korytarz. Zaczęła rozglądać się nerwowo i dobyła rewolwerów. Tuż za nią postąpił jej mąż, trzymając w jednej ręce obrzyna, a w drugiej rewolwer.
- Ja bym poszła po konie i spieprzała stąd - powiedziała szeptem Kitt odwracając się do Callahan w poszukiwaniu poparcia.
-Ma ktos wzgledne pojecie w ktora strone jest stajnia? – usłyszała Beana.
- Nie bardzo - wyznała bezradnie Kitt.
Strażnik natomiast ciężko westchnął.
- Co, tacy zmęczeni byliście że nie pamiętacie jak szliście? - zapytał jadowitym tonem głosu - a poza tym wybijcie sobie z głowy uciekanie.
-A niby dlaczego? – wielce zdumiał się kanciarz.
- Jak to dlaczego? - zdziwił się Callahan - Są potwory, są na miejscu Strażnicy... i inne jednostki, więc obowiązkiem Strażników jest eliminacja potworów!
- Dajcie mi tego wampira... Wreszcie karząca ręka Sprawiedliwości po niego sięgnie! - stwierdził McBearson z fanatyzmem w glosie.
- Te dwa za nami ci nie wystarczą? – Bean wykonał ruch głową wskazując na drzwi biblioteki, które teraz zostawały za nimi.
- Właśnie, dajcie mu tego wampira - ożywiła się Kitt. - Niech sobie się z nimi strzela...
-John, czy nie wydaje ci się, że już je ZABILIŚMY, czego dowodem jest twój zaplamiony krwią nóż?...
- Oczywiście że nie. Nie mam megalomanii i nie określam siebie liczbą mnogą.
- Taaa, jak tak uważacie, towarzyszu… - machnął ręką Bean.
- Kochanie, a co, jeśli tu będzie ich znacznie więcej? - zapytała Kitt.
- Jak by ich było więcej, to by się kłócili z tamtą dwójką kto dostanie udka, a kto... inne rzeczy - wyjaśnił Callahan.
- Ech… - westchnął po chwili Bean. – Prawdopodobnie znienawidzę się za to, co powiem, ale może się rozdzielimy i przeszukamy tę ruderę? Ja idę z Sage’em.
- Od kiedy mamy tutaj demokrację? - zdziwił się Callahan.
- Nie mamy. Czy ja się pytałem? Chodź, Sage.
Bean z Sage’em zaczęli się oddalać, gdy po chwili kanciarz stanął, bo w podłogę obok jego lewej stropy wbiła się ołowiana kula.
- Ej, John, co jest? – zwrócił się do Strażnika do tej pory milczący Mike - Nie ma sensu tu tak stać i czekać aż ten hrabia przyśle nam następne swoje prawnuki.
- Nie ma też sensu się rozdzielać. Wracajcie tu i idziemy. Najpierw sprawdzimy stajnię, a potem resztę budynku. – rozkazał zdecydowanie Callahan.
-John, ja bym się rozdzielił... – Bean stworzył doskonały początek dla małego starcia zdań.
- Ech... - westchnął ciężko Sage i pokręcił głową w geście bezradności.
- Bean, nie rozdzielamy się! Nie dotarło? - warknęła Kitt.
- Ech... westchnął ciężko Callahan i też pokręcił głową. - Dobra, jak chcecie tak bardzo umrzeć, to proszę bardzo. Wasza przedłużona agonia zakończona byciem głównym daniem w uczcie na waszą cześć - zdecydował się w końcu.
-Dobra, w razie czego będziemy strzelać. Chodź, Sage.
- No dobra... - rzekł cicho Sage i ruszył za Beanem...
- John? W którą stronę? – zapytała cicho Kitt.
- W stronę wręcz przeciwną, moja droga - odpowiedział jej uprzejmie Callahan - cały sens "rozdzielania się" polega na tym, że się idzie w dwie różne strony.
Kitt przełknęła nasuwającą jej się odpowiedź, która byłaby mocno nieparlamentarna i coś jej mówiło, że na początku małżeństwa nie należy używać takich słów w odniesieniu do małżonka... Nic to, odbije sobie na Beanie...
Ruszając za Callahanami Beniamin McBearson usłyszał dobiegające z góry skrzypienie podłogi i uderzającą o nią rytmicznie laskę, a następnie dźwięk dawno nie oliwionych drzwi.
- Ktoś się przemieszcza na górze... Dokładnie nad nami... Chyba powinniśmy się rozdzielić.. Sprawdzę to... – powiedział dorzucając nieco drewna do przygasającego ognia fanatyzmu.
- A poradzisz sobie sam? - zapytał Strażnik.
- Tak. – Tym razem wypowiedź Anglika była lakoniczna.
- No to idź, ale uważaj na siebie – wyraził troskę Callahan.
- Niekoniecznie - mruknęła cichutko Kitty tworząc z troski troskę niezbyt szczerą.
- Dziękuję. Wy również. Powodzenia! – oznajmił McBearson, nie słysząc uwagi Kitty, i ruszył z bronią w ręku w kierunku schodów. U ich szczytu Anglik natrafił na duże dębowe drzwi. Przy otwieraniu również zdradziły, że dawno nie widziały oliwy.
Za nimi ukazał się hrabia, który klęczał na podłodze i trzęsącymi się dłońmi ładował rewolwer.
- RĘCE DO GÓRY! W IMIĘ SPRAWIEDLIWOŚCI, PODDAJ SIĘ I RZUĆ BROŃ!
Krzyk McBearsona był dla reszty drużyny znakiem, że na coś natrafił i to podsyciło tylko jego wewnętrzny ogień.
Staruszek natomiast znieruchomiał i upuścił rewolwer.
Anglik już otwierał usta, by wydać podejrzanemu kolejne rozkazy, gdy nagle z jednego z wielkich okien posypało się szkło.
Do pokoju wpadła dwójka ludzi. Po pierwszym rzucie oka McBearson dostrzegł ich uśmiechy i po parze długich kłów. Rodzice ofiar z biblioteki.
- Cholera... Na wszelkie demony... - mruknął pod nosem.
Jeden z wampirów rzucił się na McBearsona i nie trafił, a siła rozpędu spowodowała, że teraz znajdował się za Anglikiem. Ten natomiast wycelował wampirowi w głowę i strzelił. Ofiara padła na ziemię, tylko zemdlona ze względu na swoją odmienność.
Anglik chciał wypróbować numer ze strzałem w głowę żony tego, który leżał teraz nieprzytomny, jednak ona, nauczona przypadkiem męża, zrobiła unik.
Hrabia, wykorzystując sytuację, podniósł się na nogi. Gdy McBearson podejmował kolejną próbę zdjęcia wampirzycy, staruszek doczołgał się do nieprzytomnego i zaczął poklepywać go po policzku.
Zajęty Anglik nie zauważył, że ten, którego myślał, że wyeliminował, wstał na równe nogi.
- Zginiesz! Przepadniesz! Nie wiesz, na kogo się porywasz!
Usłyszał krzyk hrabiego, który rozproszył go na tyle, że nie zauważył skaczącej na niego wampirzycy. Uchylił się, jednak nie wystarczająco. Poczuł okropny, kłujący ból w kroczu.
Mimo cierpienia McBearsonowi udalo się uniknąć nadlatującej szponiastej dłoni wampira. Uznał, że jeżeli chce kontynuować walkę musi się najpierw pozbyć wielkiego problemu dosięgającego mu na wysokość pępka.
Anglik przyłożył lufę swojego Adamsa do głowy wampirzycy i wypalił. Kobietę odrzuciło do tył i padła na podłogę przy akompaniamencie głośnego skrzypnięcia.
McBearson przyjął jeszcze bardziej zawzięty wyraz twarzy i wycelował ponownie. Pociągnął za spust i… przeklął sam siebie w myślach. Bębenek był pusty.
Wampirzyca zaczęła się podnosić. Uśmiechając się demoniczne otarła krew z ust. W tym czasie McBearson zdążył przeładować rewolwer. Wymierzył. Padły cztery strzały. Tyle, że nie jego. Spojrzał za siebie i ujrzał Kitty z wyciągniętym do przodu frontierem. Za nią wszedł Callahan.
Wampirzyca ponownie została zwalona z nóg, a jej mąż zamiast kontynuować walkę rzucił się w kierunku żony, wziął ją w ramiona i wyskoczył przez okno.
Anglik przerzucił teraz całą swoją koncentrację na staruszka. Ten w geście bezradności padł na kolana i złożył ręce.
McBearson ukazał w oczach płynący w jego wnętrzu płomień fanatyzmu i strzelił. Srebrna kula rozsadziła sędziwemu hrabiemu czaszkę. Państwo Callahan cofnęli się odruchowo i przyjęli zdziwione wyrazy twarzy, które po chwili zniknęły, a Callahan zaczął emanować gniewem.
- Co tu do cholery się stało? Czemu zabiłeś tego człowieka? – zapytał ostro.
- Przed chwila walczyłem z trzema z nich... Udało mi się ogłuszyć tamtą parę, ale… ale… ten… - Anglik jąkał się i wpatrywał tępo w bezgłowe zwłoki.
- Poddał się! – uświadomiła mu Kitt.
- On był... Wampirem... Był... Przecież wiem... widziałem... Ja... Ja.... Cholera.... – przerwał McBearson i po chwili kontynuował mamrotanie bez sensu - On im pomagał... To był ich posłaniec... Ale... ale... On musiał,... był. . wamp... on... chyb...
- McBearson! Skup się! Wampiry nie krwawią! A ten facet tak! On był zwyczajnym człowiekiem! W dodatku się poddał! A ty go zastrzeliłeś z zimną krwią! Obrońca sprawiedliwości! – prychnęła Kitty, dając końcówce swej wypowiedzi lepszy wydźwięk.
Następne słowa McBearsona nie były już nawet słowami, a zlepkiem sylab bądź głosek.
- A tak poza tym – pani Callahan przyjrzała się Anglikowi - dziabnęła cię?
- Co? Kto? Hę? – Beniaminowi powoli zaczęła wracać przytomność umysłu.
McBearson popatrzył mętnym wzrokiem na swoją ranę jakby jego świat właśnie legł w gruzach. Przed oczyma przelatywały mu różne obrazki i słowa. Sprawiedliwość. Żona. Dziecko. Zemsta. Przeszłość. Przyszłość. Teraz…
Popatrzył jeszcze na swoją ranę, rzucił wzrokiem na hrabiego, objął wzrokiem Callahanów. Następnie przymknął oczy, odciągnął kurek od Adamsa i przyłożył go do swojej skroni. Pociągnął za spust pewnie jak nigdy dotąd.
- Idiota - powiedziała w szoku Kitt, przerywając ciszę po wystrzale, która trwała zdecydowanie dłuższą chwilę.
- Chodźmy odnaleźć Beana i Sage’a i powiedzieć im, że to… to koniec. – zaproponował Callahan obejmując małżonkę.
Odwrócili wzrok od nieżywego McBearsona i ruszyli schodami w dół.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Prosperity Wells Strona Główna -> Wschód Zakrwawionego Księżyca Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

Skocz do:  

Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001 phpBB Group

Chronicles phpBB2 theme by Jakob Persson (http://www.eddingschronicles.com). Stone textures by Patty Herford.
Regulamin